Guns 'R' Us

niedziela, 3 stycznia 2010

Guns 'R' Us - 1.5 - Lawcraft

Część 5

Aiden miał na sobie czarne dresy i szarą koszulkę bez rękawów, w dłoni dzierżył dużą torbę Adidasa. Szedł swobodnym krokiem mijając kolejne korty do squasha. Przy ostatnim z nich, na nieco niewygodnym krześle siedział, wpatrzony w obracającą się pomiędzy jego palcami, a podłogą, przyobleczoną w pokrowiec rakietę, mężczyzna w białych sportowych spodenkach sięgających za kolana. Szafirowe szkło platynowego zegarka na jego nadgarstku raz po raz odbijało światło lamp umieszczonych w suficie.
- Hej Chris. – rzucił Irlandczyk.
- Aiden.
Chris kiwnął głową wskazując miejsce obok siebie, po czym wyjął ze swojej torby niewielkich rozmiarów pudełko, w którym umieścił dwie czarne piłeczki. Pudełko zaczęło delikatnie buczeć. Postawił je na stojącym w zasięgu ręki stoliku i znowu zaczął szperać w torbie. Tym razem wyciągnął z niego foliowe opakowanie z białym proszkiem, małe prostokątne lusterko i banknot 100 Euro. Rozsypał na lusterku dwie niechlujne kreski proszku, zwinął równie niechlujnie jedną dłonią banknot i nie zastanawiając się wiele wciągnął nosem jedną ścieżkę. Przekazał lusterko i banknot Aidenowi, który jednak odstawił je na stolik obok pudełka.
- Będzie bardziej fair, jak nie wezmę. – Irlandczyk uśmiechnął się gładząc przez chwilę dłońmi swoje cyberramiona.
Chris odrzucił na chwilę głowę do tyłu i otworzył usta. Chwilę później targnął nim skurcz. Następnie wstał z dziką prędkością i w przeciągu jednej sekundy zdjął pokrowiec ze swojej rakiety.
- Jak chcesz. – wskazał rakietą kort na którym w tym samym momencie rozbłysło światło – Inwalidzi przodem.
Aiden wyjął z torby swoją rakietę, wyłączył wibrujące pudełko i wyjął dwie lekko dymiące piłeczki. Następnie udał się na swoje pole. Chris zamknął za nimi przezroczyste drzwi i również zajął pozycję.
- Gotów? – zapytał Irlandczyk.
Chris złapał głębszy oddech.
- O tak. – odpowiedział na pół-wydechu.
Aiden uderzył piłkę z olbrzymią siłą. Nagrzane tworzywo pomknęło w kierunku ściany i huknęło w nią niczym grom, po czym momentalnie skierowało się na pole Chrisa. Ten nawet nie czekał, aż piłka sięgnie podłogi. Wykonał dwa błyskawiczne kroki do przodu i uderzył wściekle, kierując czarną kometę tak, aby zrykoszetowała od dwóch ścian. Potem był potężny backhand Aidena i kolejne odbicie od ścian Chrisa. Znów backhand i bieg Irlandczyka przez cały kort, a potem kolejne uderzenie.
Huki, które wytwarzała piłka spowodowały, że grająca obok para wyszła ze swego kortu zobaczyć co się dzieje.
Uderzenia stawały się coraz bardziej zaciekłe, a piłka nabierała jeszcze większej prędkości. W pewnym momencie gumowy pocisk przemknął tuż przy oku Aidena.
- Moja – rzucił Chris nim piłka rzeczywiście uderzyła podłogi.
- Twoje ostatnie punkty, Chemiczny Ali. – odparł Aiden i przygotował się do kolejnego serwu.
Godzinę później siedzieli na tarasie eleganckiego Koktajl Baru przylegającego do klubu sportowego. Aiden popijał napój na jogurcie, Chris szkocką.
- Nie wykończysz się tym gównem? – spytał Irlandczyk.
- Sportem? – zdziwił się Chris.
- Nie no – skinął głową w kierunku jego szklanki – tym i dobrodziejstwami apteki?
- Ach. Mój drogi Irlandzki przyjacielu, światem żądzą liczne zasady. Jedną z nich jest to, że nic co kosztuje ponad 113 Euro nie jest dla ciebie niezdrowe... No chyba, że jest.
- Mhm, a jeśli faktycznie jest?
- To nie jest to nic, czego kolejne 113 Euro nie uleczą. – Chris uśmiechnął się lekko i wyjął z torby dwa cygara.
- Nie, dzięki.
- Ech, a ja tak bardzo nie lubię palić sam.
- Nie no, jeżeli ma ci to zepsuć dzień...
- Jesteś prawdziwym kumplem.
Chris podał Aidenowi cygaro i po chwili obaj zanurzyli się w aromatycznym kubańskim dymie.
- No dobra, to jak Chris? Pogadamy o problemach?
- Jasne, uwielbiam problemy! – odparł entuzjastycznie.
- No ja nie wiem, czy tym razem będziesz taki zachwycony.
- Wal śmiało.
- Chodzi o kilka trupów.
- To wcale nie brzmi ciekawie. – Chris zmarszczył brwi z rozczarowaniem. – Ile dokładnie?
Aiden spojrzał na chwilę w inną stronę, jak gdyby starał się szybko wykonać jakiś rachunek matematyczny w głowie.
- A czy to ma wielkie znaczenie? Bo w sumie to cztery, albo sześć, plus minus jeden dwóch.
- Ok, „kilka” chyba daje radę w tej sytuacji. No i co? Wysypisko zapchane?
- Nie. To znaczy tak, ale nie w tym problem.
- Tylko?
- Tylko, że część z nich to policjanci łamane na FBI, z tym że FBI być może żyją, ale w zasadzie to i tak będzie pewnie trzeba ich zabić... – Nagle Irlandczyk przyciszył głos – Ej, czy my w ogóle możemy o tym gadać w miejscu publicznym?
- No, jeśli o mnie chodzi, to właśnie opowiadasz mi film. A poza tym zawsze mam ze sobą kieszonkowy emiter białego szumu, czy czegoś tam.
- E, czyli?
- Czyli jeżeli ściany mają uszy, to są głuche.
- A, ok. Na czym stanąłem?
- Wspominałeś coś o funkcjonariuszach mniej lub bardziej martwych.
- No tak! Bo to wszystko to w ogóle Clyde, rozumiesz.
- Nie wątpię.
- Znaczy nie on osobiście, no ale wiesz...
- Nie mam pojęcia, ale czy to ważne?
- No więc Kate jest trochę wkurzona całą tą sytuacją. Bo jak to wyjdzie na jaw, to może być słabo.
- A mogę zapytać czym zawinili ci policjanci?
- Węszyli u Malcolma.
- Świnie! U takiego porządnego dealera broni?!
Aiden rozsiadł się w krześle i zaciągnął cygarem.
- Odnoszę wrażenie, że robisz sobie z tej całej sprawy jaja.
- Tylko trochę, ale opowiedz mi całą historię od początku, a ja wyczaruję jakiś lawcraft, żeby wszytko co złe sobie poszło.
- Dobra mecenasie, więc było tak...

***

Następnego dnia, dokładnie o ósmej siedemnaście do biura porucznika Browna weszła bez pukania sekretarka.
- Panie poruczniku, adwokat Christopher Wesson do pana.
- Niech wejdzie. – odparł Murzyn w poluzowanym krawacie i odpiętej u szyi koszuli.
Chwilę później do pomieszczenia wszedł wysoki blondyn o jaskrawo niebieskich oczach, wyglądający na dwudziestolatka, ubrany w nienagannie skrojony garnitur.
- Dzień dobry panie poruczniku, strasznie przepraszam za spóźnienie. – wyjął z kieszeni platynową papierośnicę z wygrawerowanymi inicjałami C.W. – Paskudny nałóg, wszędzie się spóźniam ostatnio przez niego. A’propos, mogę zapalić?
Policjant uniósł brew.
- Niech pan siada. Niech pan również pali jeśli pan musi. Posiedzimy tu chwilę.
Prawnik usiadł na niezbyt wygodnym krześle, czemu dał wyraz w trwającym ułamek sekundy grymasie. Następnie wyjął zdobioną zapalniczkę i odpalił papierosa.
- Wygodnie panu? – nie bez ironii zapytał Murzyn.
- Niezbyt, ale trza nosić to brzemię. Proszę zaczynać.
- Dobrze panie mecenasie. A zatem, mam tutaj nagranie z kamer jednego ze sklepów Guns ‘R’ Us z dnia, w którym zaginęło dwóch policjantów skierowanych tam na czynności wyjaśniające.
Chris ściągnął dosyć komicznie usta.
- Oj, ale mam nadzieję, że jeszcze go nie oglądaliście?
- Owszem panie mecenasie, jesteśmy świadomi, że nie możemy odbezpieczyć plomb bez pana zgody, żeby nie stracić tego dowodu, jako potencjalnie narażonego na możliwe działanie sił zewnętrznych, czyli krótko mówiąc fałszerstwo. Zgadza się?
- Piątka z plusem panie poruczniku. Technika poszła nazbyt do przodu, abyśmy mogli wierzyć wam na słowo, że nie przepuścicie tego w ułamku sekundy przez jakiś program, który sprawi, że wciągam dopalacze refleksu na korcie do squasha.
- E, co proszę?
- Nie, nic. Luźny przykład.
- Możemy zatem zdjąć plomby?
Brown pokazał Wessonowi zaplombowane, ciemne opakowanie.
- Śmiało.
Policjant podał Chrisowi do podpisania pismo.
- „Ja, niżej podpisany...” bla, bla, bla... owszem „nietknięte i nienaruszone”.
Adwokat podpisał, policjant zaś rozerwał opakowanie i wyjął z niego minidysk, po czym umieścił go w leżącym pod stojącym pod ścianą telewizorem odtwarzaczu.
- Będę obsługiwał pilota jeśli nie ma pan, panie mecenasie, nic przeciwko. Będę przewijał tzw. dłużyzny. Jeśli będzie pan chciał wrócić do jakiegoś momentu proszę mówić. W porządku?
- Nie ma sprawy, będę krzyczał jeśli się przestraszę.
Uśmiechnął się do Murzyna, ten zaś przewrócił oczami.
- Zaczynamy. – Brown wcisnął „play”.
Siedzieli kilka godzin obserwując bacznie co bardziej kontrowersyjne klatki, to jest te, na których Malcolm nie czytał gazety, podczas, gdy w sklepie nie było absolutnie nikogo. Chris kazał puszczać sobie dwukrotnie scenę, gdzie starsza pani wchodzi do sklepu, zaś Malcolm wita ją promiennym uśmiechem i po kolei objaśnia działanie pistoletów maszynowych rozbierając specjalnie dla niej każdy z nich na części, po czym z równie promiennym uśmiechem, niemalże patrząc w kierunku kamery, macha jej na pożegnanie. Podobne sceny przytrafiły się jeszcze czternaście razy podczas filmu. Kiedy klient coś kupował kamera wydawała się robić najazd na poprawnie wystawiony paragon z odpowiednio naliczonym VAT.
Gdy „projekcja” dobiegła końca porucznik Brown miał zamknięte oczy i pocierał intensywnie skronie.
- Wie pan dlaczego zatrudnili mnie w Guns ‘R’ Us? – zapytał Chris, ale nie usłyszał odpowiedzi. – Przez nazwisko. Stwierdzili, że jeśli będą mieli kogoś o nazwisku Wesson, to znajdą jeszcze jakiegoś prawnika o nazwisku Smith, co nie powinno być zbyt trudne i będą mieli dream team w dziale prawnym pod tytułem: Smith & Wesson. Co prawda nadal czekamy na odpowiedniego Smitha, ale musi pan przyznać, że...
- Czemu pan mi to do cholery mówi?!
- Nie wiem, wygląda pan na przybitego, mi z kolei płacą za to 400 Euro od godziny... Pomyślałem, że będzie fair, jak opowiem panu anegdotę, żeby poczuł się pan lepiej.
Następnie Chris poklepał Browna po ramieniu, wstał i wyszedł.